foto1
foto1
foto1
foto1
foto1
Old Bikes Only



Przygotowania do 3 edycji Nocnego Rajdu Motocykli Zabytkowych rozpoczęliśmy jeszcze w listopadzie. Opinie jakie wystawili nam uczestnicy poprzednich dwóch edycji wprawiły nas w zakłopotanie – jak utrzymać wysoką poprzeczkę w imprezie która z założenia nie jest ustawiona na komercję? Dodatkową komplikacją było wycofanie się ze współorganizacji Kresowego Bractwa Motocyklowego – jak w takiej sytuacji nie zawieść naszych przyjaciół którzy już po raz trzeci zapowiadają przyjazd na rajd? Na szczęście impreza w ciągu dwóch lata zdobyła sporo fanów dzięki którym dostaliśmy dodatkowy zastrzyk motywacji do działania. I tak na początek postanowiliśmy przyjąć motto „Wiele Kultur na Kresach”. Polska, a zwłaszcza Kresy obecne i przedwojenne są dla Europy przykładem jak mogą współżyć wzajemnie się od siebie ucząc różne narodowości i wyznania. I to właśnie postanowiliśmy uczestnikom pokazać, cerkwie i kościoły w sąsiedztwie synagog i dorobek pokoleń żyjących obok siebie w zgodzie wielokulturowych Polaków. Dzięki naszym patronom i sponsorom pomysł ten udało się zrealizować. I tak 2 lipca znaleźliśmy się na Rynku Wielkim w Zamościu a wraz z nami ponad 80 zabytkowych motocykli i ich załogi. Już od godziny 15 zbierały się weterany szos na zamojskim rynku który od przedwojennych czasów takich cudów techniki nie widział. Sokoły 600, CWS M 111, militarne Harley Davidsony, kilka sztuk BSA, Simsony AWO w obu wersjach i jeden mały SR1, a także motocykle które dopiero w ostatnich latach zaczęto doceniać – poczciwe SHL M04 i nowsze, WSK, Jawy i Jawki, OSA, Lambretta oraz sporo BMW R35, M72, K750, EMW, NSU oraz wiele innych. Był nawet HD wprawdzie zrobiony na „szczura” ale regulaminowy z 1974 roku. Do rajdu dopuszczona została w charakterze „gościa imprezy” pechowa amazonka na virago której Junak odmówił przed imprezą współpracy. Po rejestracji uczestników i powitalnym obiedzie w restauracji „Sobiepan” uczestnicy zaopatrzeni przez nas w wojskowe chlebaki, koszulki, kamizelki odblaskowe, latarki i wiele innych pamiątek, już na samym starcie musieli „zgarnąć” w próbie zręcznościowej butelkę wody mineralnej i w drogę. Co minutę Rynek Wielki opuszczały kolejne motocyklowe perełki. Ta noc była pracowita dla nocnych rajdowców, już w Wielączy musieli wykazać się wyczuciem maszyny w slalomie między oponami, a to była tyko rozgrzewka. Wieś Topólcza, a konkretnie lessowy wąwóz oświetlony pochodniami zaprowadził zawodników pod cmentarz gdzie tylko chwilę mogli nacieszyć się niesamowitym widokiem bo już na dole trzeba było przed sędziami wykazać się znajomością mapy.

Już wtedy jeden z pechowców zaliczył pierwszego kapcia a w AWO zniknęło oświetlenie, w zdumienie wprawił obserwatorów kierowca który za pomocą breloczka od kluczy połatał instalację elektryczną . Dalej itinerery prowadziły do Zwierzyńca gdzie w kościółku na wyspie trzeba było samodzielnie odnaleźć datę budowy. Następne PKPy sprawdzały jak szybko zawodnicy wymienią dziurawą oponę ( niektórzy mieli już temat obcykany tego wieczoru :) ) i kolejna zręcznościówka - tym razem nocna zabawa ze słomkami i butelkami po” Kubusiu”. Stanica Harcerska w Majdanie Sopockim przywitała pierwszych uczestników około północy. W poprzednich edycjach zdarzało się że pierwszy nocny etap rajdu kończył się około 4 nad ranem, w tym roku postawiliśmy na „szybsze” konkurencje nie powodujące konieczności oczekiwania na punkcie kontroli na swoją kolejkę. Drugiego dnia zawodnicy dzięki takim rozwiązaniom powinni być bardziej wypoczęci.... powinni ale nocne motocyklistów śpiewanie przy ognisku i kiełbaskach zakończyło się „kiedy ranne wstały zorze”. Rankiem po odprawie i pobraniu kart drogowych i itinererów ruszyli do dziennego etapu. O ile nocny etap tworzy niesamowity klimat – 6 voltowe lampki dające nikłe światło, zapach mieszanki oraz niespotykany już często gang weterańskiego silnika na pustej szosie, etap dzienny daje zawodnikom możliwość podziwiania widoków a mieszkańcom Roztocza podziwiania zabytkowych motocykli. PKP mnożyły się co kilka kilometrów i tak zabawa zręcznościowa zabytkowym sprzętem ppoż. test wiedzy o zabytkowych motocyklach, patrol Milicji Obywatelskiej sprawdzał znajomość przepisów, zwiedzanie pięknej cerkwi w Gorajcu połączone z testem z pierwszej pomocy – tutaj zaskoczył nas, jak się później okazało zwycięzca rajdu w kategorii do 1955, Wojciech Skorzyński na motocyklu BSA który na fantomie zademonstrował nam użycie wyciągniętego naprędce z kieszeni zestawu do intubacji (w zanadrzu posiadał wyposażenie małej karetki pogotowia). W tym miejscu serdecznie pozdrawiam i dziękuję rodzinie państwa Piotrowskich która użyczyła nam terenu swojego pięknego „Chutoru Gorajec” gdzie mogliśmy przeprowadzić test wiedzy. Zawodnicy wiedzą już że w „Nocnym Rajdzie” nie trzeba pędzić na złamanie karku, czas nie jest najważniejszy i tu obowiązują „stare zasady”, kiedy ktoś ma awarię trzeba się zatrzymać i pomóc. Z lawety technicznej korzystali w ostateczności. Jest też czas żeby się zatrzymać, podziwiać widoki i robić zdjęcia. Jedna z grup miała nawet możliwość zrobienia weselnej „bramy”. Młoda para za „okup” otrzymała asystę weselną do kościoła – będą mieli niepowtarzalne wspomnienia ze ślubu do końca życia :)

Meta w Narolu, chwila odpoczynku i kolejne konkursy. Tradycyjny „konkurs elegancji” wygrany przez Santosa, mistrz wolnej jazdy i kolejna wygrana „miejscowego” - 15 letni Jacek Lasota nie dał nikomu szansy, nazwisko zobowiązuje - ojciec, również biorący udział w rajdzie już po raz trzeci bacznie przyglądał się prawie nieruchomemu Simsonowi SR1 syna z 1957 roku. Co roku poszkodowani posiadacze wózków bocznych znudzeni przyglądali się tej konkurencji, w tym roku zaskoczyliśmy ich konkurencją „slalom przy zgaszonym silniku” niby nic ale ubaw był pierwsza klasa. Po wręczeniu nagród, KGW z Narola ugościło wszystkich po staropolsku swojskimi wyrobami i bigosem. Czas było ruszyć do Stanicy, zmyć z siebie trudy podróży i przygotować się do wieczornej biesiady. Na uczestników czekały zastawione stoły, zagrały zespoły Duja Band i tradycyjnie Morhana i Śrubka. Zwłaszcza dwa ostatnie „dały czadu” i mało kto nie skakał pod sceną. Park maszyn cały czas był pod czujnym okiem ochrony, bar pracował na pełnych obrotach na chwilę odciążony przez pieczonego prosiaka przygotowanego specjalnie w „Kalince”. Po ogłoszeniu wyników ze sceny polał się szampan i zabawa rozkręciła się jeszcze bardziej. Dopiero nad ranem sen zmorzył ostatnich wytrwałych. Rano odsypiających obudził zapach żurku i kawy. Koło 14 pożegnaliśmy ostatnich gości. Zapamiętałem zwłaszcza widok szczęśliwego odjeżdżąjącego Santosa z pucharem „mistrz elegancji” (z którego mało kto nie miał okazji się napić poprzedniego wieczoru) na bagażniku swojego wypicowanego Junaka. Do zobaczenia za rok, postaramy się was znowu zaskoczyć na plus :)